Radioaktywna jagody w polsce

Hits: 238

“Hurtownik twierdził, że radioaktywne jagody są przerabiane na barwniki naturalne. Zbieracze opowiadali, że te naprawdę świecące miesza się z mniej radioaktywnymi, żeby cały transport mieścił się w dopuszczalnych granicach. Wtedy można legalnie sprzedać jagody do Polski, skąd wejdą na rynek Unii Europejskiej, nawet jeśli pojedyncze owoce trzykrotnie przekraczały dopuszczalne normy radioaktywności”.

Oto fragment książki Kate Brown “Czarnobyl. Instrukcja przetrwania”, w tłumaczeniu Tomasza S. Gałązki

 

Olha zaproponowała, żebyśmy anonimowo wybrały się na jagody i dowiedziały się w ten sposób czegoś więcej o tej nowej postaci handlu runem leśnym. Starszy rolnik sprzedał nam parę własnej roboty łubianek z pozyskanego w lesie drewna. Jego żona właśnie skończyła bielić ściany chaty, tradycyjnej ukraińskiej jednoizbówki. Białą glinę wybierała z nadrzecznej skarpy. Wśród rzeczy, które zauważyłam w ich domu, mało co pochodziło ze sklepu. W piecu palili drewnem, trzymali kury i kozy, ogród warzywny nawozili popiołem i obornikiem. Jedli wszystko to, co im tam wyrosło. Nigdy nie słyszeli o żadnych instrukcjach, ktokolwiek miałby je wydać – rząd sowiecki, agencje ONZ czy jakaś instytucja dobroczynna – które odradzałyby takie zachowania.

Wzięłyśmy koszyki, uzbroiłyśmy w repelent i ruszyłyśmy w las. Chciałyśmy dogonić grupę zbieraczek na rowerach. Pędziły prymitywną polną drogą. Omijając pełne wody koleiny na pofałdowanej, błotnistej drodze, wjechałam w głęboki wykrot i ugrzęzłam całą przednią osią. Zbieraczki zniknęły za zakrętem, podskakując na siodełkach jak króliki. Cała reszta dnia zeszła nam na załatwieniu wyciągnięcia samochodu, po czym wiejscy mechanicy wprowadzili go na rozchwierutany kanał z brzeziny, żeby naprawić zawieszenie.

Następnego dnia, już nauczone doświadczeniem, dołączyłyśmy do dużej grupy pieszych zbieraczy. Same nastolatki, rodzeństwo i kuzyni z dużej rodziny zielonoświątkowców. Rozmawiali z nami tylko przez chwilę, po czym znów zabrali się do pracy. Mieli zrobione z puszek po konserwach grzebyki do szybkiego odzierania krzaczków z jagód (w porównaniu ze zrywaniem jagód ręcznie tak jest szybciej, ale powoduje to uszkadzanie roślin). Patrzyłam, jak ruszają w kępy jagód – w przebijających się przez korony drzew promieniach słońca granatowe owoce lśniły jak kamienie szlachetne. Szli przez ten las jak stadko młodych niedźwiedzi, jagody zbierali szybkimi, oszczędnymi ruchami: skłon, zagarnięcie, krok, wszystko cicho, jeśli nie liczyć grzechotu jagód sypiących się do plastikowych wiaderek.

Krzewinki jagód kłębią się wszędzie, małe, zielone obłoczki, rosnące dziko całymi kilometrami w katedrze poleskiego lasu. Każdy może zbierać jagody. Lasy są demokratyczne. W odróżnieniu od kosztownej hodowli krów mlecznych, teraz jeszcze droższej przez konieczność zakupu dodatkowych filtrów i odczynników do usuwania radionuklidów, zbiór jagód nie wymaga prawie żadnych inwestycji. Biorą się za to głównie kobiety i dzieci. Jeśli szybko zbierają, mogą dziennie zarobić dwadzieścia pięć dolarów, a to dobre pieniądze w państwie, gdzie miesięczna pensja nauczyciela to osiemdziesiąt dolarów. Przemysłowe przeczesywanie puszczy za runem leśnym to jeden z twórczych sposobów, jakie obmyślili Poleszucy na utrzymanie się na tych skażonych połaciach, które im jeszcze zostały. Różne fundacje próbowały przez lata reanimować tutejszą gospodarkę, z mizernym skutkiem. Poleszucy zaś, właściwie bez pomocy z zewnątrz, znaleźli miejsce dla siebie w światowej gospodarce, stworzywszy wiejską sieć dostaw świeżo zebranych jagód i grzybów do hurtowników handlujących z Europą.

Grupa zbieraczy, spoconych i pokąsanych przez owady po całym dniu w lesie, dostrzegała ironię tego nowego sposobu zarobkowania. Dowiedziawszy się, że jestem Amerykanką, zaczęli żartować:

– Wysyłamy wam na Zachód nasze ekologiczne jagody prosto z lasu, a dostajemy z powrotem napoje z aromatem jagodowym.

– Tak jest – dorzucił ktoś. – Eksportujemy porządne, sosnowe drewno, a od was dostajemy fornirowaną płytę wiórową.

Zbieracze nawiązywali do tradycyjnego, kolonialnego modelu wymiany surowców na droższe dobra przetworzone. W sumie prawda, ale ten handel to było coś więcej niż tylko klasyczny model ekonomiczny. Gdy już wypełniłyśmy łubianki, poszłyśmy na skup jagód, gdzie zauważyłyśmy dozymetrystkę stojącą przy rampie i czekającą na sprzedających. Sytuacja była nerwowa. Dozymetrystka omiatała licznikiem każdą łubiankę, mierząc emisję promieni gamma, i około połowę koszyków odstawiała na bok. Zbieracze wykłócali się z nią o poziomy promieniowania. Zapytałam ją, młodą dziewczynę z miasta, jak wiele jagód jest radioaktywnych.

– Wszystkie jagody z Polesia są radioaktywne, ale niektóre to już strasznie! – odpowiedziała. – Miałyśmy tu takie, co miały ponad trzy tysiące! – Nie potrafiła wyjaśnić, do jakich jednostek się odnosi, czy mikrosiwertów, czy mikroremów. Ajentka wiedziała tylko, od jakiego poziomu wartości są złe. – Strzałka musi być między dziesięć a piętnaście – stwierdziła, machnięciem dłoni wskazując końcówkę licznika – no a potem wkładam je do tej maszyny. – Wskazała na przenośny spektrometr promieni gamma. – Jeśli tu wynik wyjdzie ponad czterysta pięćdziesiąt, to jagody przekraczają normę. Stanęłyśmy popatrzeć na skup. Ajentka odstawiała na bok łubianki z jagodami przekraczającymi normę, ale i tak je skupowała, tyle że po niższej cenie.

Hurtownik twierdził, że radioaktywne jagody są przerabiane na barwniki naturalne. Zbieracze opowiadali, że te naprawdę świecące miesza się z mniej radioaktywnymi, żeby cały transport mieścił się w dopuszczalnych granicach. Wtedy można legalnie sprzedać jagody do Polski, skąd wejdą na rynek Unii Europejskiej, nawet jeśli pojedyncze owoce trzykrotnie przekraczały dopuszczalne normy radioaktywności. Takie mieszanie jest legalne, jak długo przeciętny wynik dla całego transportu mieści się w odważnie ustanowionym przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską limicie 1250 bekereli na kilogram (w 1986 roku, po Czarnobylu, Wspólnota Europejska ustanowiła jako tymczasowy limit dla żywności wartość 600 bekereli na kilogram, ale potem go nie obniżyła. W roku 2016, krótko po naszej wizycie na Polesiu, bez debaty publicznej Unia Europejska podwoiła dopuszczalny limit do 1250 bekereli na kilogram).

Poleszucy spożywali radioaktywne produkty z tamtejszych lasów od roku 1986. Dzięki zniesieniu restrykcji handlowych wysyłają skażone po Czarnobylu runo na rynki europejskie, do bogatych nabywców z zagranicy. Z Europy jagody wędrują dalej. Specjalista od bezpieczeństwa jądrowego opowiadał mi, że na granicy amerykańsko-kanadyjskiej zatrzymano tira z „promieniującą masą” w naczepie. W obawie, że to „brudna bomba”, pogranicznicy sprawdzili, co to takiego. Z ulgą stwierdzili, że to jagody z Ukrainy. Ponieważ mieściły się w dopuszczalnej normie, straż graniczna dopuściła wjazd ciężarówki do Stanów.

 

 

zr: msn

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Pol-News24